Archiwum 24 września 2005


wrz 24 2005 Opowiem wam jego historie.
Komentarze: 1

Był sobie kiedyś ktoś, życie mu doskwierało nerwowa napięta atmosfera w domu, nie panował nad nerwami i w końcu odebrał sobie życie. Dlaczego przecież miał dobrych rodziców, wszyscy ich tak oceniali bo znali ich tylko z zewnątrz, przecież zawsze sobie żartował nie było po nim widać by miał jakieś problemy dlaczego to zrobił? A może tak naprawdę nie było tak może nie miał dobrych rodziców choć z pozoru wydawali się dobrzy, może mimo uśmiechu na twarzy miał tysiące problemów z którymi sobie nie radził. Może po prostu nie wytrzymał tego wszystkiego i dlatego zrobił to.

 

Ja osobiście powiem że na dzieciństwo nie mam co narzekać nie było złe. Moi rodzice maja dużo pozytywnych cech. Ale postanowiłem że ukaże swoją historię od tej drugiej strony od strony złej. Bo w życiu zawsze są dwie strony medalu. Są dobre i złe chwile w naszym życiu. A dlaczego ja twierdze że w moim jest więcej złych zaraz to wszystko opisze.

 

Zacznijmy od dzieciństwa nie było takie złe rodzice zawsze starali się jakoś mnie chronić co z tego ze byłem bity za to ze znalazłem, albo powiedziałem coś w nieodpowiedniej chwili (wtedy kiedy rodzice byli źli). Za to że będąc dzieckiem nie potrafiłem spokojnie ustać w kościele na mszy. Za to ze obudziłem ojca który po nocce odsypiał. Zawsze był jakiś powód. Za to ze przeklnąłem, ze bawiłem się zapałkami, że odpyskowałem, że w szkole dostałem zła ocenę, że dałem się w szkole w jakąś bójkę, że w pewnym wieku zacząłem się interesować życiem seksualnym, kobietami itp. Zawsze choć głupi musiał być jakiś powód. Kiedyś z kumplem się bawiłem miałem 8lat i spadłem z pewnej wysokości i sąsiedzi mnie przynieśli do domu – dostałem lanie właśnie za to.

 

Byłem bity z powodu byle jakiej pierdoły która spowodowała ze rodzice się zdenerwowali, czym byłem bity, tym co było pod ręką, pantoflem, pasem, kablem. Czasami jakimś rzuconym przedmiotem we mnie. Czy byłem katowany nie, nigdy nie byłem katowany po prostu byłem bity za to że byłem dzieckiem.

 

W pewnym okresie swojego życia zacząłem się stawiać nie, przeciwstawiać temu, kiedyś jak podniosłem rękę na ojca uderzyłem go od tamtej pory ani razu już mnie nie uderzył. Skoro wiedzieli że już nie mogą mnie bić bo się postawi wiec zaczęli się znęcać nademną psychicznie. Przez cały okres szkoły średniej miałem coś w rodzaju chandry chyba tak to się nazywa dużo osób nazwało by to depresją. Po prostu zamknięty w sobie, bałem się z kim kolwiek tym podzielić, zaufać komuś na tyle by o tym opowiedzieć – w końcu zawsze była to moja wina jaki by nie był powód zawsze ja byłem winny. Żyłem w przekonaniu że wszystko co się działo było z mojej winny, problemy w domu, niepowodzenia w miłości, aż w końcu zacząłem topić swoje smutki w alkoholu, szukając rozwiązania swoich problemów na dnie butelki. Miałem 15lat, a wracałem do domu często nieźle nawalony. Rano do szkoły na kacu, po południu spotkanie z kumplami i nocne melanże, powrót do domu po północy, awantura i spać.

 

Do pewnego wieku znosiłem wszystko, bicie i ubliżanie rodziców na swojej osobie, znosiłem bo wiedziałem że nie mogę się postawić, a może bałem się postawić że jeszcze większe poniosę wtedy konsekwencje tego, w wieku około 11-12lat pierwszy raz targnąłem się na własne życie. Dlaczego bo już nie wytrzymałem naporu tego wszystkiego – nie widziałem innego wyjścia, życie mnie męczyło i nie widziałem wyjścia innego z tej sytuacji niż własna śmierć, wtedy to matula mi uratowała życie, na parę sekund przed śmiercią. Co było później próbowali spokojnie ze mną o tym porozmawiać ale skończyło się na awanturze. Chyba moi rodzice inaczej nie potrafili. Później był spokój choć często rozmyślałem o śmierci, jak zacząłem sięgać po alkohol to temat śmierci był mi obojętny. Nie bałem się umrzeć i chyba dlatego robiłem dużo szalonych rzeczy graniczących z utratą życia. Co prawda jak szedłem do szkoły nie chciało mi się wracać do domu do awantury i kłótni, często wracając do domu odpalałem kompa i włączałem jakaś grę, po co po to by się na parę godzin odciąć od rzeczywistości. Ale awantury i tak się zdarzały, gnębienia mojej psychiki. W pewnych momentach po prostu przestałem panować nad nerwami stopniowo coraz bardziej, z napływu dużej ilości nerwów potrafiłem przywalić z całej siły ręką w ścianę, choć sprawiało mi to bul – tylko po to by się na chwilę wyładować. Czasami z nerwów potrafiłem sobie wyrządzić duży ból by tylko uwolnić trochę agresji. Często się zdarzało że miałem (fachowo to się nazwywa) lekki, czyli po prostu na tle nerwowym.

 

W końcu rodzice pojechali kiedyś ze mną do psychoanalityka. Ten oczywiście nie pomógł mi choć moja dusza krzyczała głośno o pomoc. Przypisał mi tylko jakieś leki uspokajające, brałem je i owszem byłem spokojny, po jakimś czasie zacząłem interesować się tym co zażywam i były to lekki które owszem uspakajają i powodują że człowiek nie ma już tych stanów lękowych. Ale mają reakcje uboczną czyli wpływają na mózg. Wiec od razu przestałem je zażywać. Znowu zaczęły się awantury w domu nie dogadywanie, zero reakcji spróbowania zrozumieć mnie. W końcu zacząłem mieć problemy z żołądkiem, chodzenie po lekarzach nie znalezienie przyczyny tego. W końcu wyszło ze mam refluks żołądkowy, czyli przewlekłe zapalenie żołądka spowodowane między innymi na tle nerwowym. Oczywiście rodzice do mnie wysunęli po co się tak denerwuję, no właśnie po co sam nie wiem. Może gdyby mnie nie denerwowali to bym się nie denerwował. No i znowu nie wytrzymałem tego wszystkiego – za dużo mi rodzice na ubliżali na wrzucali i pewnego dnia po szkole już nie wróciłem do domu (często zdarzało mi się nie wracać po szkole do domu), ale rodzice się kapnęli ze coś jest nie tak ze nie wróciłem od razu po szkole. Wydzwaniali po kolegach moich nikt nic nie wiedział w końcu ojciec zaczął mnie szukać i znalazł mnie. Wtedy po raz pierwszy w życiu widziałem jak mój ojciec płacze. Po raz pierwszy raz w życiu przeprowadzili ze mną rozmowę na spokojnie, wyjaśnili mi wszystko i pozwolili mi wszystko wyjaśnić, po raz pierwszy wysłuchali mnie. I matula mi powiedziała że ojciec nigdy mi uczuć nie okazywał nawet jak dostałem z jakiegoś przedmiotu 5 w szkole dlatego bo uważał ze tak jest lepiej dla mnie, że ten sposób wykreuje mi się dobrze osobowość. Tylko ze ja z miedzy innymi z tego powodu czułem się nie potrzebny, niekochany. Zawsze jak mój brat dostawał dobre stopnie rodzice się cieszyli a w moim przypadku nigdy. Przez jakiś czas był spokój ekstra nam się dogadywało aż wszystko znowu zaczęło się psuć, zaczęły się problemy. Teraz jest tak ze dobrze rano z łóżka nie wstanę już mi ciśnienie podniosą z byle jakiego powodu. Ojciec mi powiedział ostatnio znowu ze musze zacząć nad nerwami panować niestety znowu już nie potrafię, a może już nie chcę nie mam sił już nad nimi panować. Moi rodzice mnie osadzają dość często, ciągłe ich gadania ze jak się będę tak zachowywał to mnie z roboty wyleją, ze nikt mnie nie będzie chciał itp. Itd. Już nie mam do nich zdrowia. Jakoś przez 3 lata mieszkałem z ludźmi na stancji, nie raz mnie ktoś zdenerwował i jakoś panowałem nad nerwami jakoś szanowałem ich, jakoś się dogadywaliśmy i to świetnie. Często bywałem tak wyluzowany, tak spokojny ze po kilka dni tabletek nie zażywałem na żołądek bo to był właśnie mój żywioł, życie które mogłem spokojnie wieść tak jak zawsze chciałem i mażyłem. Od pól roku znowu ze starszymi mieszkam i tak mnie wkurzają ze masakra, np. dzisiaj tak mnie żołądek boli ze nie poszedłem im pomóc choć wczoraj im obiecałem już dwa razy chodzili i darli się na mnie ze nie pójdę im pomóc mimo że obiecałem. A po południu już się szykuje na to ze będę miał awanturę właśnie o to. Wybaczcie mi ale to jest nie normalne, jak bym im obiecał ze im pomogę a połamał sobie ręce i nie mógłbym pomóc to by mi też awanturę zrobili że obiecałem a nie pomogłem. Przecież to jest nienormalne. Jak sobie nie radzą nie mają siły to nie rozumie dlaczego nie odłożą roboty na inny dzień tylko będą robić do utraty tchu a później się wyładowywać i skakać po mnie że to moja wina że są zmęczeni, że nie poszedłem im pomóc, co ja mam skonać tam przy robocie by im pomóc, później i tak chodzą i gadają ze nic im nie pomagam, już się nie liczy to że ciężko charowałem na tej budowie. Choć parę razy z nimi rozmawiałem i oni pamiętają ze pracowałem często aż ponad swoje siły (możliwości), ale kiedyś mi matula powiedziała ze muszą mnie trochę podręczyć (pomęczyć) bo tylko mnie mają. Dziękuję im bardzo za granie mi na nerwach dla ich wyłącznego spokoju, bądź wyładowania się po prostu na mnie i później się dziwią że ja nerwowy jestem, przecież każdy inny przy takich rodzicach cudownych jak ja mam byłby potulny i grzeczny jak baranek. Wybaczcie ale ja chyba jestem nienormalny bo barankiem nigdy nie będę.

arni : :